poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Ideały a rzeczywistość – recenzja filmu Zjednoczone stany miłości (2016)

Światem bohaterek najnowszego filmu Tomasza Wasilewskiego rządzi miłość. Nie jest to jednak miłość szczęśliwa, a desperackie dążenie do jej spełnienia. 


Tę ponurą wizję dopełniają realia, w której rozgrywają się historie czterech głównych bohaterek: momentu przemiany ustrojowej w Polsce. Mimo znaczących zmian polityczno-społecznych codzienne życie mieszkańców obskurnych blokowisk nadal niewiele się różni od czasów poprzedniego ustroju, reformacja zaledwie daje nadzieję na jakąś przemianę rzeczywistości. Bohaterki Zjednoczonych stanów miłości tkwią w podobnym zawieszeniu: liczą na to że w końcu osiągną spokój i szczęście – a wzmacniają tę nadzieję, chociażby przez wysłuchiwanie wzniosłych słów kaznodziei o miłości, sięganie do sztuki czy wytworów popkultury – jednak jednocześnie mają przerażające poczucie, że nigdy nie dojdzie do żadnej zmiany na lepsze. Nadal będą rozpaczliwie poszukiwać akceptacji, uznania i miłości, nawet jeśli nie będą same potrafiły przed sobą tego przyznać.


Kim są bohaterki Zjednoczonych stanów miłości? Agata (Julia Kijowska) skrycie darzy uczuciem księdza lokalnej parafii i odczuwa coraz głębszą niechęć do męża i siebie samej. Iza (Magdalena Cielecka) to szanowana dyrektorka szkoły, ale też zdesperowana kochanka Karola (Andrzej Chyra). Renata (Dorota Karolak) to nauczycielka rosyjskiego, która wraz z przemianą ustrojową traci posadę w szkole, a także okazję, by na co dzień być blisko Marzeny (Marta Nieradkiewicz) – młodej instruktorki tańca i aerobiku marzącej o karierze modelki.


Widz po kolei poznaje historie czterech kobiet, jednak nie są to opowieści zupełnie oderwane od siebie. Łączy je rozgrywanie się na tej samej przestrzeni, ich tematyka, „ciężka” atmosfera i silny ładunek emocjonalny. Kobiety znają się, niektóre z nich nawet się przyjaźnią, jednak są sobie odległe, samotne – właściwie tak jak każda postać filmu Wasilewskiego. W filmie nie ma rozbudowanych dialogów, a wraz z tym otwartej komunikacji między postaciami, co podkreśla ich samotność. Swoje emocje wyrażają przede wszystkim przez mimikę i gesty, które wypadają autentycznie, dzięki dobremu aktorstwu. 


 
Przedstawione historie stanowią zaledwie pewien urywek życiorysów postaci. Mimo że każda opowieść jest zakończona puentą, to jednak widz ma poczucie nagłego oderwania od poznawania losów konkretnych postaci. To poczucie szczególnie podkreśla zakończenie. Wydawałoby się, że ostatnia historia Marzeny wymagałaby jeszcze jakiegoś komentarza, jakiegoś złagodzenia. Jednak kończy się nadzwyczaj brutalnie, bez cienia szansy na to, że życie bohaterek mogłoby się kiedyś zmienić się na lepsze.


Surowy przekaz pogłębia estetyka zdjęć: jakby ze spranymi kolorami, pełna szarości jak fotografie z początku lat 90. To, co się znajduje w kadrach, również kojarzy się z polską rzeczywistością tego okresu: ciasne mieszkania, obskurne klatki schodowe, bloki „z wielkiej płyty” i kominy fabryk. Co więcej, cielesność i seksualność bohaterów została ukazana nadzwyczaj naturalistycznie.
Niektóre ujęcia mogą przywodz na myśl sposób ukazywania cielesności w filmach Urlicha Siedla.

Z każdego elementu filmu spoziera beznadzieja. Nie da się ukryć, że jest to film z tezą: nie ma szansy na miłość, jest tylko rozpaczliwe pragnieniem jej. Jednak mimo tej jednowymiarowości nie miałam poczucia, że Zjednoczone stany miłości wymuszają na mnie przeżywanie określonych emocji. Pomimo surowości historie bohaterów były autentyczne, a ich uczucia na tyle uniwersalne, że można odnieść nie tylko do okresu początku lat 90. w Polsce.


Zjednoczone stany miłości to film o brutalnym zderzeniu ideałów z rzeczywistością. I chociaż ukazujący świat w jednoznacznie ciemnych barwach, obraz bolesny, to jednak w pewnym stopniu nam bliski.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz