wtorek, 26 lipca 2016

Człowiek kontra instytucja – recenzja 4. sezonu Orange Is The New Black

Poprzednie sezony serialu opowiadającego o żeńskim więzieniu w Litchfield w dużej mierze skupiały się na konfliktach między bohaterkami, a z kolei najnowszy przede wszystkim przedstawia brutalną konfrontację człowieka z instytucją, dla której jednostka ma nieporównywalnie mniejsze znaczenie niż zysk finansowy. 

oitnb season 4


Jak najłatwiej podnieść napięcie wśród bohaterów zamkniętych na niewielkiej przestrzeni? Wprowadzić jeszcze więcej ludzi. Więzienie Litchfield od zamknięcia uchroniło wykupienie przez korporację MCC, która zamiast dążyć do polepszenia warunków życia więźniów, kalkuluje zyski i wprowadza do budżetu kolejne cięcia. A ponieważ „najłatwiej” można zaoszczędzić na ludziach – do Litchfield skierowano dziesiątki nowych więźniarek, a także kilku nowych strażników. Atmosfera między bohaterkami gęstnieje, co daje scenarzystom niezłą podstawę do rozpisania historii na planowane co najmniej siedem (!) sezonów. Takie posunięcie ma jednak słabe strony: w najnowszej serii pojawiło się mnóstwo nowych postaci, których większości widz poznał tylko na podstawie ich stereotypowych cech, a zakończenia niektórych wątków rozpoczętych w poprzednim sezonie zostały potraktowane marginalnie. 



Oprócz wielu nowych postaci oczywiście zostały zapoczątkowane nowe wątki, ale też pojawiły się powroty do wcześniejszych problemów. Ponownie pojawia się wątek konfliktów rasowych – z jednej strony uzasadniony sytuacją w Litchfield – przeludnieniem i kryzysami – a z drugiej nieco wtórny. Co ciekawe, oprócz Afroamerykanek, ekipy Red i Latynosek (spośród których niespodziewanie na pierwszy plan wysunięto Marię Ruiz, wcześniej zdecydowanie drugoplanową postać) pojawiają się gloryfikatorki „białej rasy”, których przywódczynią, zupełnie przypadkowo, zostaje Piper.

Kwestia rasowa zajmuje sporą część czwartego sezonu, jednak to nie ona prowadzi do punktu kulminacyjnego, a wzrastający sprzeciw więźniarek wobec restrykcyjnym zasadom wprowadzonym przez bezduszną korporację. O ile w poprzednich sezonach czasem czuło się niezgodę na niektóre działania Healy’ego, Fig czy Caputo, to teraz odczuwa się głębokie oburzenie i gniew. MCC odbiera indywidualność więźniarkom, traktując je tylko jako źródło statystyk. Sytuacji nie polepsza często bezduszne postępowanie strażników, chociaż i wśród nich znajduje się jeden, który jeszcze nie stracił wrażliwości. 

Czwarty sezon OITNB jest naładowany emocjami – zwłaszcza druga połowa serii. Widz czuje głęboki sprzeciw wobec zasad Litchfield: polityka tępienia indywidualności i ograniczenia nawet podstawowych praw prowadzi do tragedii, która to łączy więźniarki w walce o zwalczenie wspólnego wroga. Różnice i osobiste konflikty odchodzą na bok, gdy wspólnie jest szansa na obalenie systemu. Emocje sięgają zenitu w ostatniej scenie sezonu, kiedy dochodzi do sytuacji, która zapewne doprowadzi do jeszcze większych zmian w Litchfield.
 

Zakończenie sezonu pozostawia w na tyle dużej niepewności, że mimo paru całkiem znaczących zaniedbań fabularnych, pewnie większość widzów zechce jak najprędzej poznać dalszy ciąg historii. Ja jestem bardzo ciekawa, do czego doprowadzi ostatni cliffhanger.

Nadrobiliście 4. sezon Orange Is the New Black? Co Was zaskoczyło, rozczarowało, rozbawiło? Chętnie poznam Wasze opinie. Mile widziane spoilery i uwagi o konkretnych wątkach :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz