poniedziałek, 28 marca 2016

Islandzkie czytanki: Yrsa Sigurdardóttir, Trzeci znak

Islandia rozbudza wyobraźnię wielu osób, jednak jej kultura nie jest dobrze znana mieszkańcom innych krajów Europy. Gdy natknęłam się na wyzwanie „Islandzkie czytanki” organizowane na blogu Niebieski Stoliczek, uświadomiłam sobie, że nigdy nie przeczytałam książki napisanej przez autora pochodzenia islandzkiego. Postanowiłam to zmienić. Co prawda, nie założyłam sobie ambitnego celu poznania historii i specyfiki literatury islandzkiej, jednak chociaż zmotywowało mnie to do sięgnięcia po pozycję książkową z kręgu islandzkiej literatury popularnej. Mój wybór padł na kryminał Yrsy Sigurdardóttir, Trzeci znak

trzeci znak ksiazka recenzja

Nie zastanawiałam się długo nad wyborem powieści. Gdy przeglądałam jeden z portali poświęconych kulturze islandzkiej, natknęłam się na utwór Yrsy Sigurdardóttir, który został opisany jako „mroczna opowieść islandzka o rytuałach miłości, śmierci i opętaniu”. I cóż, złapałam haczyk. Miałam nadzieję na dobrze napisaną historię z dreszczykiem i pełnokrwistymi postaciami, ale niestety spotkało mnie rozczarowanie.

Ale od początku. Harald Guntlieb – niemiecki student historii, który przybył do Islandii, aby prowadzić badania dotyczące prześladowań za uprawianie czarów – został brutalnie zamordowany. Jego rodzice są zawiedzeni przebiegiem śledztwa prowadzonego przez policję, dlatego postanawiają je powierzyć młodej prawniczce Thorze. Poza wątkiem detektywistyczno-kryminalnym zostaje przedstawione codzienne życie Thory – matki samotnie wychowującej dwójkę dzieci – a w przebiegu śledztwa życiorys Haralda Guntlieba: trudne relacje rodzinne, narkotyki, ryzykowne działania seksualne i osobliwe zainteresowanie rytuałami związanymi z czarną magią.


Powieść opiera się na klasycznym schemacie: zbrodni, a potem działań mających na celu rozwiązanie jej zagadki. Sama historia została poprowadzona dość sprawnie, do końca nie wiadomo „kto zabił”, jednak brakuje jej obiecanego w zapowiedzi „mroku”, obrazowego języka, a przede wszystkim interesujących, wiarygodnych postaci. Toporny język (który może być rezultatem nieudanego tłumaczenia) i papierowi, niedający się lubić bohaterowie sprawili, że z trudem przebrnęłam przez Trzeci znak


 trzeci znak recenzja dedykacja

Najpierw przyjrzyjmy się głównej bohaterce. Thora jest po rozwodzie, wychowuje nastoletniego syna i kilkuletnią córkę, pracuje w niewielkiej kancelarii prawniczej i mimo że wiele czasu poświęca pracy, z trudem utrzymuje swoją rodzinę. Wydawałoby się, że sam pomysł rozwiedzionej, nieco zagubionej prawniczki stawiającej czoło codzienności i rozwiązaniu sprawy nietypowej zbrodni ma potencjał do stworzenia wyrazistej i przekonującej postaci kobiecej.  Jednak Thora okazuje się przeciętna – i oczywiście przeciętność sama w sobie zazwyczaj nie jest zła – ale bohaterka po prostu jest nieciekawa i irytująca. Nie grzeszy inteligencją ani empatią, a jej niektóre niedopasowane do okoliczności zachowania i poglądy przywodzą na myśl postać Bridget Jones. Tyle że nie są zabawne, a raczej żenujące.


Skoro główną bohaterką powieści jest kobietą i pojawiają się w tej historii inne bohaterki kobiece, wydawałoby się, że można też liczyć na jakąś feministyczną wymowę całości utworu. Wręcz przeciwnie – czasem zastanawiałam się, czy autorka świadomie nie stworzyła tak groteskowych postaci kobiecych. Na początku powieści Thora uświadamia sobie, że określenie „kobieta” słabo do niej pasuje, bo nie spała z nikim od dwóch lat. Inna bohaterka nie chce opuszczać swojego męża, mimo że wielokrotnie dopuściła się zdrady, bo jest przekonana, że nie znajdzie nikogo innego, skoro ma 43 lata, a więc nie jest już „chodliwym towarem”. Jedna z młodszych bohaterek rozmyśla o tym, że mogłaby sobie zapewnić godny byt, gdyby „złowiła jakiegoś jelenia”, który zarabiałby krocie. Poczucie wartości wszystkich kobiecych bohaterek jest uzależnione od mężczyzn. A jacy są mężczyźni?


Postacie męskie też są mało wyraziste. O Matthew, partnerze Thory w sprawie rozwiązania zagadki zbrodni, praktycznie nic nie wiadomo, poza tym, że lubi eleganckie buty i wymienianie się z Thorą złośliwościami – co też jest dość nieudaną próbą stworzenia między bohaterami czegoś w rodzaju erotycznego napięcia. Z kolei Gunnar, dziekan wydziału historii, okazuje się nerwowym i niepewnym swych kompetencji.


Najbardziej groteskowo zostali przedstawieni znajomi zamordowanego Haralda. Wydawałoby się, że niewidzący dla siebie perspektyw studenci szukający zapomnienia w zabawie, używkach, seksie i odtwarzaniu tajemniczych, starodawnych rytuałów też byliby dobrą okazją do naszkicowania kilku ciekawych portretów psychologicznych. A gdzie tam. Dwudziestokilkuletnich bohaterów przedstawiono jako egoistycznych, infantylnych nastolatków. Zadziwia też język, jakim się posługują młodzi bohaterowie, który przywodzi na myśl język dzieciaków z blokowisk z końca minionego wieku. Naprawdę nie sądzę, żeby jakikolwiek dwudziestokilkulatek mówił w ten sposób:


„Przyjaźniliśmy się od dzieciństwa. Mieszkaliśmy obok siebie w Grafavogur. Dobrze kuma, ale nie jest jakiś profesorkowaty. […] Miał nieprzebraną kupę hajsu i zawsze stawiał trunki czy coś tam. I miał odjazdowe mieszkanie i furę. […] Był bardziej cool od innych."

Powyższy cytat – zaznaczę, że nie znam oryginału – można uznać za przykład słabości tłumaczenia książki. Nie rozumiem też, dlaczego tak często w odniesieniu do opisów ubrań pojawia się słowo bezpretensjonalny (wydaje mi się, że skromna lub prosta bluzka brzmi lepiej niż bezpretensjonalna bluzka). Przystojna kobieta, fiflak (?), całować się z dubeltówki – to tylko niektóre nietypowe wyrażenia, które pojawiają się w powieści. Poza tym w Trzecim znaku można znaleźć wiele innych smaczków w postaci rozmaitych absurdów, które idealnie pasowałyby do programu Pawła Opydo Złe książki. (Przykład: Thora, która po spontanicznym przespaniu się z facetem tłumaczy się przed nim, że nie powinna robić takich rzeczy, bo jest „matką dwojga dzieci, a on cudzoziemcem” – co to ma do rzeczy?) 

Reykjavík – główne miejsce akcji powieści Trzeci znak
Czasem w czasie lektury zastanawiałam się, czy zamiarem autorki nie było wykreowanie egoistycznych, przeciętnych i irytujących postaci, które miałyby dopełniać ponurą rzeczywistość, w której każdy dąży do zrealizowania swoich potrzeb i popędów. Ale nie. Nawet jeśli było takie założenie, to nie udało się go zrealizować. To czy zatem jest coś, co udało się w tej książce? 

Niewątpliwą zaletą powieści jest przedstawienie tematu islandzkich wierzeń, polowań na czarownice i czarnej magii. Większość informacji poświęconych tym zagadnieniom wydaje się wiarygodna: wielokrotnie pojawiają się odniesienia do słynnego piętnastowiecznego traktatu o magii pt. Młot na czarownice autorstwa inkwizytora Heinricha Kramera. W Trzecim znaku można też wyłapać kilka ciekawostek, przykładowo, że przed wiekami w Islandii, częściej mężczyźni byli oskarżali o czary, w przeciwieństwie do innych krajów Europy, gdzie to głównie kobiety posądzano o magię; lub że niegdyś wierzono w istnienie piekła na dnie islandzkiego wulkanu Hekla. Ponadto z całej fabuły Trzeciego znaku najbardziej przekonuje mnie dawna relacja Haralda i jego matki, która cechuje się największym psychologicznym prawdopodobieństwem spośród wszystkich innych wątków. 

Dawno tak nie zgrzytałam zębami, jak podczas lektury Trzeciego znaku. Płascy bohaterowie i niezgrabny język powieści skutecznie mnie zniechęcił do sięgnięcia po kolejne książki Yrsy Sigurdardóttir, w których kontynuuje historię Thory. Gdy próbuję spojrzeć łaskawszym okiem na Trzeci znak, mogę docenić konstrukcję fabuły, która, chociaż nie  trzyma mocno w napięciu, to ostatecznie jej poszczególne wątki i motywy w przebiegu całej powieści się zazębiają. Mimo dość mrocznego tematu nie jest to powieść bardzo angażująca – ot, taka sobie książka do przeczytania w pociągu lub w poczekalni. Niestety, nie tak wyobrażałam sobie moje pierwsze spotkanie z literaturą islandzką… Mam nadzieję, że kolejna islandzka powieść, jaką przeczytam, zrobi na mnie bardziej pozytywne wrażenie.

Tytuł: Trzeci znak

Autor: Yrsa Sigurdardóttir

Tłumaczenie: Jacek Godek

Wydawnictwo: Muza

Miejsce i rok wydania: Warszawa 2006

Liczba stron:384

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz