środa, 2 sierpnia 2017

Kot, czyli lekarstwo na wszystko – recenzja filmu Kedi

Nie ma innego rozwiązania – dokument Ceydy Torun o kotach w Stambule musi rozmiękczyć serce kociarzy. Kedi nie jest jednak tylko urokliwą pocztówka ze Stambułu pełnego kotów, ale to także historia o mieście i jego mieszkańcach. Lekkie, krzepiące, ale dobre kino dokumentalne. 

Spryciara, Przylepa, Sułtan, Flirciarz, Bestia, Szajba, Cwaniak – to imiona naszych milusińskich. Chadzają własnymi drogami, domagają się jedzenia i zabawy, z zaciekawieniem poznają świat. Każdy ma swój charakter i historię. I wokół nich są ludzie. Również o różnych życiorysach i osobowościach, zmagający się z codziennością, której jednym z jaśniejszych punktów jest właśnie obecność kotów. Jednym z ważniejszych elementów Kedi jest również miejsce, w którym się toczy film – w Stambule, czyli w sercu Turcji. To miasto barwne i różnorodne, gdzie tradycja ściera się z nowoczesnością. 
kedi film

Kedi to coś znacznie więcej niż wdzięczny obrazek przedstawiający losy różnych kocich bohaterów. To historia o zmieniającym się społeczeństwie, którego trapią liczne problemy. Pomimo tych niepokojów znajdują się w nim ludzie mający nadzieję, bo mają coś, co jest dla nich ważne, nawet jeśli to kot-przybłęda.

W trakcie tworzenia filmu Ceydę Torun nachodziły wątpliwości, czy w czasie napiętej sytuacji politycznej Turcji i w środku kryzysu uchodźczego powinna tworzyć film na tak pozornie błahy temat, ale ostatecznie nie żałuje tego wyboru. Zebrane wywiady i zdjęcia zawierają ogromne pokłady ludzkiej dobroci i wrażliwości. Skuteczne remedium na życie w czasach niepokoju. Tłumaczy to też tłumy nawet na pokazach przedpremierowych. Myślę, że publiczność nie oczekiwała wyłącznie pięknych zdjęć kotów i Stambułu – które zresztą i tak tu się znajdują – liczyła na chwilę oderwania od rzeczywistości i otrzymania dużej dawki pozytywnych emocji, aby potem z tą rzeczywistością się zmierzyć.

8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz