poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Off Festival 2017 – dzień drugi i jedyny, czyli kilka muzycznych spotkań

Decyzję o pojechaniu na Off Festival podjęłam na kilka dni przed wydarzeniem. Martwiłam się niezadowalającym stanem swoich finansów, ale ostatecznie zwyciężyła przemożna chęć usłyszenia i zobaczenia na żywo PJ Harvey. I po wszystkim muszę przyznać, że warto było uczestniczyć chociaż w jednym dniu festiwalu i to nie tylko ze względu na koncert jednej z moich muzycznych idolek.
off festival 2017 artysci

Dobra internetu dają możliwość odkrywania rozmaitej twórczości, ale nigdy nie zastąpią one bezpośredniego kontaktu ze sztuką. Nie zastąpią też uczucia zaskoczenia z przypadkowego znalezienia muzyki, której być może nigdy by się nie odnalazło: bo jest zbyt niszowa, z drugiego końca świata lub reprezentująca nietypowy gatunek. Wartość Off Festivalu opiera się na takich muzycznych spotkaniach, niespodziewanych i spodziewanych, ale zazwyczaj inspirujących. Oto niektóre moje "spotkania" z drugiego dnia festiwalu:

Wilcze Jagody
Do mojego zestawienia kobiecych zespołów rockowych koniecznie muszę włączyć Wilcze Jagody. To muzyczne dziewczyńskie trio, w którego brzmieniu słuchać wiele ciekawych inspiracji: echa nowej fali lat 80. i shoegaze. Klimat ich utworów przywiódł mi na myśl także inny świetny dziewczyński band – amerykański zespół Warpaint. Wilcze Jagody niebawem nagrywają debiutancką płytę.


Bluszcz
Tutaj z kolei męskie trio, u których można usłyszeć także muzyczne wpływy lat 80, trochę synth popu, odrobinę Chameleonsów, trochę klimatu Interpol. Gitarowe granie okraszone dźwiękami klawiszy. Bluszcz niedawno wydał swój pierwszy album Junior wydany przez wytwórnię Brennnessel Records prowadzonej przez muzyków grupy Kamp! 


Kikagaku Moyo
Na scenę wychodzi piątka Japończyków. Są ubrani w kolorowe kwiaciaste lub kraciaste koszule, spodnie dzwony, mają długie włosy, i ogólnie wyglądają jakby zatrzymali się w latach 60. Ich wizerunek śmiało można nazwać androgynicznym, bo z daleka nawet trudno określić ich płeć i wiek. Ich sam wygląd robi duże wrażenie, a sama ich gra... jeszcze większe. Okazują się czarodziejami sceny i gitar.

Nie jestem w stanie inaczej teraz określić ich występu jako totalny rockowy czad – a muzykę jako dynamiczny, wirtuozerski rock psychodeliczny. Nieważne, że podczas występu wokal był nieco za cicho i niewyraźnie – publika zupełnie dała się ponieść muzyce Kikagaku Moyo. 


Anna Meredith
To osobliwe połączenie różnych gatunków muzycznych. W jej repertuarze instrumentarium charakterystyczne dla muzyki klasycznej jest zestawione z elektroniką i popem.


PJ Harvey
Czas na najbardziej wyczekiwany przeze mnie występ: Polly Jean wraz z zespołem. Stresowałam się przed tym koncertem jak diabli – PJ Harvey niektórymi swoimi utworami trafia w moje najczulsze punkty, więc „spotkanie” z nią także budziło we mnie wiele emocji. Emocje publiki także rosły, gdy po kilku minutach spóźnienia, PJ wraz z zespołem dostojnie weszli na scenę i zaczęli grać jeden z utworów z najnowszej płyty The Hope Six Demolition Project. Z każdą piosenką było czuć jeszcze więcej energii i co mnie zaskoczyło, pojawiły się utwory z różnych albumów artystki (nawet słynne Down By the Water albo To Bring You My Love). Pojawiły się utwory nawet z White Chalk – albumu, który niedawno rozdarł mi serce. Co niesamowite, głos PJ brzmiał dla mnie jeszcze lepiej na żywo niż na nagraniach i rzeczywiście nie można odmówić jej charyzmy. Wiem jedno: jeszcze bardziej uwielbiam PJ Harvey i z pewnością będę wypatrywać kolejnych jej koncertów. 


Mitch&Mitch
Trudno opisać zespół Mitch&Mitch, ale od razu można ich poznać po charakterystycznym brzmieniu, powiedzmy jazzowo-swingującym z domieszką popu, muzyki filmowej, elektroniki i rockową energią. W czasie ich koncertów wirtuozeria miesza się z szaleństwem, a twórcy big bandu z radością bawią się muzyką. Szerszej publiczności Mitch&Mitch może być znany ze współpracy ze Zbigniewem Wodeckim. Jeśli kiedyś będą występować w Waszym mieście zdecydowanie warto wybrać się na ich koncert. 


Phurpa
Jeśli zastanawiacie się, czy da się spać, słysząc gardłowy śpiew i dźwięki jakichś tajemniczych fujarek i bębnów to tak, da się. Koncert rosyjskiego kolektywu Phurpa inspirującego się rytualną muzyką tybetańską był jednym z ostatnich drugiego dnia festiwalu, dlatego spora część publiczności już opadała z sił, przysypiając podczas samego występu. Chociaż niektórzy (niestety nie ja) zachowali trzeźwość umysłu i z zaangażowaniem obserwowali osobliwy występ Phurpy.


Żałuję, że ominął mnie, ponoć bardzo klimatyczny, występ Rojka z Kwadrofoniką oraz folkowa Żywizna. Na przyszły rok będzie trzeba rozwinąć umiejętność bilokacji. Zdecydowanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz