niedziela, 10 stycznia 2016

Bez chwili wytchnienia, czyli o albumie „Blackstar” Davida Bowiego

7 utworów, 41 minut muzyki. Tylko tyle trwa Blackstar, przez to jeszcze bardziej zachwyca różnorodnością stylistyczną i wielością planów dźwiękowych zaprezentowanych na tak krótkim materiale. Jednak mimo tej rozmaitości nie ma ani jednego niepasującego do całości dźwięku. Dopiero co rozpoczął się 2016 rok, ale zaryzykuję stwierdzenie, że to będzie najlepsza płyta tego roku.

 

Dwa dni po wydaniu albumu świat obiegła wieść o śmierci Davida Bowiego. Nadal nie mogę w to uwierzyć. Okazało się, że Blackstar miało być pożegnaniem, zwieńczeniem drogi artystycznej i życiowej.

 

Na wstępie pozwolę sobie wyjaśnić entuzjazm, z jakim piszę o twórczości Davida Bowiego, co pewnie też uzasadni mój ewentualny brak obiektywizmu w jej ocenie. Jestem fanką Davida Bowiego. Nie stałam się z nią z dnia na dzień. Zaczęłam poznawać jego muzykę jakoś w 2008/2009 roku, kiedy zapamiętale szukałam źródeł muzyki punkowej: wówczas słuchałam sporo garażowego rocka lat 1960/1970 i glam rocka. I tak poznałam Ziggy'ego Stardusta – jedno ze wcieleń scenicznych artysty – oraz albumy Hunky Dory, Ziggy Stardust, Aladdin Sane. Z czasem coraz bardziej interesował mnie temat tworzenia postaci scenicznych i tak też dotarłam do Thin White Duke'a – następnej kreacji muzyka. W końcu nadszedł czas na kolejne odkrycia, które wykraczały już poza muzykę rockową: tzw. Trylogię Berlińską, czyli płyty Low, HeroesLodger. Nadal Low uważam za najlepszy album, jaki kiedykolwiek stworzono. Potem poznawałam pop w wydaniu Bowiego (Let's Dance) i brzmienia bardziej elektroniczne i industrialne (Earthling i Outside). Mój gust muzyczny, ale też szerzej, estetyczny, ukształtował się dzięki Bowiemu: jego albumom, hipnotyzującym wizerunkom scenicznym, filmom i innym przedsięwzięciom. Nawet napisałam pracę magisterską i artykuł naukowy związany z twórczością Davida Bowiego.
Istne szaleństwo. 

david bowie blackstar

Ale trochę się zagalopowałam. Wszystko to mówię po to, aby podkreślić, że będąc fanką Davida Bowiego, przez długi czas nie miałam lekko. Tak samo jak inni młodzi fani. Na dobre wciągnęłam się w twórczość muzyka, gdy od dłuższego czasu nie nagrywał (wówczas ostatnią płytą była Reality z 2003 roku), nie koncertował i nie pojawiał się w mediach. Jednak gdy znikąd, 8 stycznia 2013 roku, pojawił się singiel Where Are We Now? promujący album The Next Day nie mogłam uwierzyć w to, co się działo. W końcu jako fanka mogłam uczestniczyć w aktualnych wydarzeniach związanych z moim idolem. I dziś nadal mogę to robić, bo właśnie ujrzał światło dzienne kolejny album, Blackstar. O ile The Next Day słuchałam ze wzruszeniem przede wszystkim dlatego, że ten album w ogóle się pojawił, to Blackstar także słucham z ogromnym poruszeniem, ale tym razem głównie dlatego, że to doskonały muzycznie krążek.
 



Idealne proporcje i awangarda – recenzja Blackstar

 

Blackstar David Bowie wyprodukował razem ze swoim starym kompanem Tonym Viscontim, z którym muzyk współpracuje, z pewnymi przerwami, prawie od początku swojej solowej kariery. Album trudno zamknąć w sztywne ramy gatunkowe. Zdecydowanie nie jest to pop – kompozycje skupiają całą uwagę słuchacza, są dłuższe oraz bardziej rozbudowane i eklektyczne. Na Blackstar słychać jazzujący saksofon Donny'ego McCaslina, mocne dźwięki gitar i niepokojące brzmienie elektroniki. Sam wokal Bowiego też brzmi inaczej niż na The Next Day – jakoś silniej i pewniej. 


Album rozpoczyna tytułowy Blackstar – dziesięciominutowa, trzyczęściowa kompozycja. Na jej interpretację rzuca sporo światła teledysk, w którym pojawia się dobrze znany motyw twórczości Davida Bowiego. W pierwszej scenie wideoklipu widać skafander i szczątki astronauty, co jest jasnym nawiązaniem do Majora Toma. 

Kim jest Major Tom? To persona, która pierwszy raz pojawiła się w utworze Space Oddity z 1969 roku. Tekst tej piosenki opowiada o astronaucie, który wyruszył w podróż kosmiczną i utknął w przestrzeni pozaziemskiej. Ponownie Major Tom występuje w utworze Ashes to Ashes z 1980 roku opisującym jego dzieje po powrocie na Ziemię, kiedy stoczył się na dno przez nałóg narkotykowy. Pewne nawiązania do tej postaci słychać także w utworze Hello Spaceboy z 2002, gdzie podmiot liryczny ma trudności z dookreśleniem swojej tożsamości. Z kolei w Blackstar Major Tom już od dawna nie żyje, jednak jego szczątki, a szczególnie czaszka wysadzana klejnotami, stają się obiektem osobliwego kultu skupiającego pewną grupę wyznawców. Tak też w Blackstar dawny bohater-astronauta, wyrzutek i odmieniec jest jakoby mesjaszem. 

W kompozycji utworu można wydzielić trzy części. Wstęp przywodzi na myśl muzykę orientalną, która co jakiś czas jest przerywana brzmieniem saksofonu – początkowo dość melancholijnym, a z czasem coraz bardziej drapieżnym i synkopowanym. W rozwinięciu utworu na chwilę zanikają echa orientalnych skal, a słychać rockową energię: raz trochę lekkości i niewinności kojarzącej mi się z Hunky Dory, a raz nonszalancji charakterystycznej dla Thin White Duke'a. Zakończenie to powrót do początkowych motywów muzycznych. 

Kolejny utwór, 'Tis a Pity She Was a Whore, nie zwalnia tempa, daje jeszcze większego kopa. Nerwowy, mocny rytm perkusji, emocjonalny wokal prowadzony obok tonacji, liczne partie saksofonowe – tworzą całość energiczną i awangardową. Z kolei na Lazaurus słychać brzmienie zimnofalowych gitar. To także najbardziej melancholijny i nastrojowy utwór z całej płyty, jednak również ma w sobie dość sporo dynamiki. 
 
 


Następna piosenka Sue (Or In A Season Of Crime) o nerwowym pulsie i wyrazistej sekcji rytmicznej to jedna z mroczniejszych kompozycji. Niezwykle ciekawy jest elektroniczny utwór Girls Loves Me, którego tekst został wyśpiewany slangiem nadsat stworzonym przez Anthony'ego Burgessa w Mechanicznej pomarańczy (niektóre wątki z tej powieści, a także jej Kubrickowskiej ekranizacji, artysta niegdyś wykorzystał do wykreowania pewnych niuansów wizerunku Ziggy'ego Stardusta). Dollar Days to drugi utwór po „Łazarzu” nieco bardziej melancholijny, a całość wieńczy kompozycja Can't Give Everything Away, też nieco bardziej nostalgiczna. Partia harmonijki z pierwszych taktów utworu przywodzi na myśl tę z A New Career in a New Town z Low, podobnie dźwięk gitar nasuwa skojarzenia z solówkami Roberta Frippa z Trylogii Berlińskiej.  

david bowie blackstar video

To, co zadziwia mnie w albumie Blackstar to zawrotne tempo. Nawet jeśli odsłuchuje się bardziej melancholijne utwory, jak Lazaurus czy Dollar Days, to wciąż ma się wrażenie pędu i nerwowego rozedrgania, które są potęgowane przez wyrazistą sekcję rytmiczną, gwałtowne, awangardowe saksofonowe solówki i emocjonalny wokal. Każdy utwór niesie ze sobą spory ładunek emocjonalnego napięcia. I ten niepokój chyba najlepiej określa atmosferę panującą na Blackstar, jak i we współczesnym świecie. 

O ile wcześniej nie miałam zwyczaju umieszczania dzieł na jakiejś skali oceny, to album Blackstar, bez cienia wątpliwości, mogę umieścić na jej szczycie. Doprecyzuję też to, co powiedziałam na wstępie – nie tylko uważam, że to będzie najlepszy album tego roku, ale również sądzę, że ten album powinien zapisać się w historii muzyki XXI wieku. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz