Znad krawędzi – recenzja serialu The End of the F***ing World

Postacie o antybohaterskim rysie stały się wyróżnikiem współczesnych produkcji serialowych, ale mimo to pewne ich typy są bardziej popularne i lubiane niż inne. Stąd prawdopodobnie przysłowiowy gangster z depresją wydaje się ciekawszy niż para krnąbrnych nastolatków, jednak takie uprzedzenie może doprowadzić do zignorowania dobrego serialu. Takiego jak The End of the F***ing World – jedną z udanych tegorocznych premier serialowych w tym roku.


Nie planowałam oglądać The End of the F***cking World. Zwiastun serialu zainteresował mnie klimatem i całkiem niezłą realizacją, ale zniechęcał nawet sam tytuł, a główne postacie wydały mi się całkiem antypatyczne. Zamknięty w sobie nastolatek o psychopatycznych skłonnościach, który marzy o zabiciu człowieka i bezczelna nastolatka, która miałaby być jego potencjalnym celem – przecież nie brzmi to dobrze. Jednak mimo początkowej niechęci wciągająca narracja pierwszoosobowa (raz jego – Jamesa, a raz jej, czyli Alyssy) nie pozwoliła mi oderwać od opowieści o ucieczce i dorastaniu, że nie wiedzieć kiedy, zaczęłam współczuć i rozumieć bohaterów, a ich pozy, czy niestabilność emocjonalna stopniowo okazywały się tylko przykrywką dla słabości i traum.

Opowieść jest krótka, bo zawiera zaledwie osiem dwudziestominutowych odcinków, ale jest znakomicie napisana i nie ma w niej zbędnych momentów. Pierwszy odcinek stanowi ekspozycję bohaterów i zawiązuje akcję przez decyzję bohaterów o ucieczce. James i Alyssa muszą gnać przed siebie, bez jasnego i pewnego celu, ale wszystko, co dzieje się pod drodze, zbliża ich do siebie. I zmienia. Docierają do swojego „ja” i zaczynają rozumieć, jak długo bronili się przed uświadomieniem swoich urazów, które tłumili przez skrajne zachowania. Może brzmi to banalnie, ale tak nie jest. Historia urzeka właśnie stopniowym rozwojem uczucia bohaterów, ich nieporadnością, trudami poznawaniem siebie, momentami pewną brawurą. Bo James i Alyssa stają się trochę jak Bonnie i Clyde, jak Sailor i Lula z Dzikości serca Davida Lyncha czy też (to chyba najtrafniejsze porównanie) jak Sam i Suzy z Moonrise Kingdom Wes Andersona.


The End of the F***ing World to świetny przykład kina drogi, które wciąga akcją, sposobem narracji i zachodzącą przemianą bohaterów wraz z kolejnymi przebytymi kilometrami. To również opowieść o dorastaniu, w której bohaterowie muszą pozostawić za sobą wszystko i dotrzeć do pewnej skrajności, aby móc się zmienić. Trudno mi zaklasyfikować ten serial jako młodzieżowy i poza tym wciąż przyłapuję się na myśleniu o nim jak o produkcji filmowej, a nie serialowej ze względu na krótki i świetnie skrojony scenariusz. Serial można określić jako słodko-gorzki, także jeśli chodzi o jego formę: z jednej strony występuje ciemna kolorystyka zdjęć, a z drugiej słodka, marzycielska muzyka pop z lat 40, 50 i 60. (która również idealnie pasowałaby do krwawych strzelanin w filmach Quentina Tarantino). Na pochwałę zasługują także aktorzy (Alex Lawther i Jessica Barden), którzy nie grają postaci, po prostu nimi są.

The End of the F***ing World to świetnie napisana opowieść o traumach, dorastaniu i pierwszej miłości z duża dozą czarnego humoru i brawury. Nawet mimo początkowych uprzedzeń dość szybko zaczyna darzyć bohaterów sympatią, na tyle, że chciałoby się uciekać razem z nimi (tak jak Frodo [sic!], chłopak pracujący na stacji benzynowej – nie pytajcie, tylko obejrzyjcie).

The End of the F***ing World
gatunek: dramat, komedia
produkcja: Wielka Brytania
premiera: 5.12.2018
ocena: 8/10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Wysoki Poziom Kultury , Blogger