Pycha twórcy – recenzja filmu Mother!

Najnowszy obraz Darrena Aronofsky'ego wzbudzał emocje jeszcze przed swoją oficjalną premierą. Oceny krytyków po pierwszych pokazach na festiwalach filmowych były skrajne i dziś po premierze film nadal zbiera i najwyższe, i najniższe noty. Z czego to wynika? Mother! opiera się na kilku wyraźnych tropach, które dla pewnych widzów tworzą niezwykłą, pełną frenetycznych symboli całość, a dla innych stek niedorzeczności, przesady i błędów scenariuszowych. Mnie zdecydowanie bliżej do tej drugiej grupy widzów.


W historii Mother! najważniejsze są dwie postacie: ona i on. Są małżeństwem z niedługim stażem i mieszkają w okazałym domu na odludziu, gdzie zdaje się, że czas się zatrzymał. Ona zajmuje się domem. On jest artystą i usiłuje stworzyć kolejne dzieło. Ona poświęca się, aby stworzyć im raj, tchnąć życie w naznaczony tragedią dom, a on czeka na nadejście weny. Ich pozorny spokój zakłóca wizyta niespodziewanego gościa. Aronofsky dość szybko daje nam do zrozumienia, którym tropem interpretacyjnym należy podążać: strażniczkę ogniska domowego i artystę dzieli tylko krok do Matki Natury i Boga. Tak, Mother! jest swojego rodzaju przełożeniem Biblii.

Pod pretekstem opowieści o małżeństwie, do którego niespodziewanie wkracza obce ogniwo, zostaje przedstawiona biblijna, totalna wizja świata. Mimo że biblijny temat jest tu najważniejszy, to dość długo obecny jest pozór konfliktu małżeńskiego. Własnie – pozór. To prawdopodobnie dlatego tak nużący w odbiorze jest film, szczególnie jego pierwsza połowa. Nie wzbudza emocji, bo bohaterowie, to nie postacie z charakterem, tylko figury-pojęcia, które zachowują tylko mało znaczące znamiona ludzkich istot. Nie sposób się z nimi identyfikować i co najważniejsze, nie sposób przeżyć tragedię tytułowej matki. W historii warto byłoby podkreślić aspekt ludzki: poczucie obcości we własnym domu, brak pomocy mimo proszenia o nią, samotność – wszystko to przeżywa Matka, ale nie w sposób to współodczuwać razem z nią, właśnie przez jej odczłowieczenie i brak charakteru. Równoległe poprowadzenie historii postaci, które zarówno byłby i boskie, i ludzkie byłoby majstersztykiem. Połączenie opowieści biblijnych ze stylem Aronofsky'ego tworzy tylko krwawy kolaż. I to niestety niezbyt udany.

mother aronofsky

Scenariusz ma wiele słabości nie tylko dlatego, że nie prezentuje pełnokrwistych postaci i wiarygodnych relacji. Drażnią nieudane dialogi, które niemalże w ogóle nie wpływają na rozwój historii. Albo są trywialne, albo drażniąco patetyczne, albo stanowią parafrazę Biblii. Aronofsky przyznał się, że napisał scenariusz mother! w pięć dni. Nie twierdzę, że w krótkim czasie nie można stworzyć wartościowego dzieła, ale ten nagły zryw też nieco tłumaczy te liczne braki scenariuszowe. Twórca skupił się na przedstawieniu kilku, dość obszernych tematów, ale nie udała się ich finalna realizacja.

Mother! ma też w sobie coś strasznie anachronicznego. Nawarstwiająca się makabra rozgrywającą się w nawiedzonym domostwie brzmi jak klasyczny element dziewiętnastowiecznej powieści gotyckiej, która przede wszystkim ma rozpalać emocje czytelnika. Z kolei zamiłowanie do nadmiernego korzystania z symboli i pojęć totalnych (Bóg, Natura, Matka, Sztuka – nieprzypadkowo wszystkie pisane wielkimi literami) oraz tendencje katastroficzne przywodzą na myśl modernistyczną prozę poetycką. Myślę, że Stanisław Przybyszewski, jeden z twórców polskiego dekadentyzmu, byłby zachwycony Mother!. W końcu sam pisał w swoim manifeście Confiteor, że sztuka jest najwyższą religią, a kapłanem jej jest artysta. U Aronofsky'ego sztuka ma wymiar totalny i właściwie jest tym samym, co religia. Nawet jeśli Mother! miało mieć ambicje dzieła uniwersalnego, to wspominany anachronizm niszczy szansę na jakąś aktualność.

Mimo konsekwencji w realizacji głównego tematu, ostateczna wymowa filmu jest mętna. Aronofsky stworzył Mother! także przez poczucie konieczności dyskusji o krzywdzie, którą wyrządzamy matce-ziemi. Okazuje się, że w filmie nie ma miejsca na tego rodzaju refleksję, skoro katastrofa i jej ciągłe powtórzenia są nieuchronne, a obwinia o to nie tyle co ludzi, a ich Stwórcę, który w swojej pysze nie dostrzega możliwych konsekwencji swoich dzieł i przede wszystkim to on przyczynia się do cierpienia matki. Czy zatem w tej kwestii istnieje jakiś sens dyskusji, skoro według tej biblijno-groteskowej opowieści obojętnie, co zrobimy, zawsze doprowadzi do apokalipsy? Czemu Stwórca wciąż na nowy tworzy ludzi, którzy są tak jak on próżni i egoistyczni? Aronofsky stracił kontrolę nad swoim dziełem, podobnie jak twórca-demiurg w jego opowieści. Zaślepiony swoją nagłą wizją, nie dostrzegł jej słabości. Mam nadzieję, że w przeciwieństwie do historii w Mother! błąd Aronosfky'ego się nie powtórzy.

Tytuł: Mother!
Reżyseria: Darren Aronofsky
Produkcja: USA
Premiera: 3 listopada 2017 (Polska), 5 września 2017 (świat)
Ocena: 4/10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Wysoki Poziom Kultury , Blogger